roadowców znajduje się w miejscowości Durres w okolicach Tirany. Plaża szeroka na kilka kilometrów, w miarę czysta, woda jeszcze bardziej, a ludzi niewiele. Żeby tam dojechać, trzeba mieć samochód terenowy lub pokonać kilka kilometrów pieszo. W nadmorskich miejscowościach turystycznych jest znacznie drożej. Nawet spotkani w jednym z takich turystycznych miast Polacy, byli zaskoczeni zastanymi cenami.
Zabytki
Jechaliśmy dalej na południe. W nadmorskim Porto Palermo minęliśmy nadmorski bunkier, wykuty w skale jeszcze przez żołnierzy radzieckich, w którym kiedyś stacjonowała łódź podwodna. Nieco dalej zwiedzaliśmy XIII-wieczny zamek Alego Peszy, usytuowany na wyspie. Prowadzi do niego wąski fragment lądu. W Gjirokaster, największym południowym mieście Albanii (ok. 50 tysięcy mieszkańców), zwiedzaliśmy twierdzę i stare miasto srebrnych dachów, czy jak nazywają je inni: miasto tysiąca schodów, które wpisane jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a jego historia sięga I w. Będąc w Albanii nie można pominąć tego miejsca. Oczywiście warto zwiedzić też stolicę Albanii – Tiranę, którą my przemierzaliśmy nocą.
Albańska gościnność
Będąc na jednej z albańskich dzikich plaż, udaliśmy się do najbliższej wioski po wodę i zakupy. Wyprawę zakończyliśmy w barze przy jednym zimnym piwku. Tzn. chcieliśmy zaraz wracać, ale lokalny Albańczyk, widząc naszą wiecznie fotografującą kozy i owce koleżankę, najpierw zaczął nas częstować papierosami, potem stawiać piwo, by powiedzieć, że ma własne owce i kozy i pragnie nas zabrać do siebie, aby je nam pokazać. Jak się „Albaniec” uweźmie, to nie popuści. Napierał na nas mocno. Był głośny i krzyczał tylko po albańsku. Choć lekko w strachu, zdecydowaliśmy się zobaczyć albańską zagrodę. Nie to jednak było dla nas prawdziwą przygodą, którą stała się ostatecznie gościna w domu, do którego zostaliśmy zaproszeni. Dzięki opatrzności, ów Albańczyk miał brata, z którym dało się dogadać po włosku. Gdyby było inaczej, pozostałoby nam tylko podziwianie wnętrza albańskiego domu oraz kosztowanie lokalnych wyrobów własnej produkcji. Zaczęło się od kawy i rakiji, był owczy ser, własny chleb, coś w rodzaju zupy fasolowej, kurczak, ryba, arbuz i cukierki w czekoladzie… Miał być też nocleg, ale udało nam się przekonać domowników, że musimy wracać do naszych na plażę.
Warto tam być
Na pewno warto wybrać się do Albanii. Warto zrobić to samochodem, który drogę czuje niemal wszędzie, bo dzięki temu można być każdego dnia gdzie indziej i zobaczyć znacznie więcej. Namioty, kuchnia polowa i trudy z tym związane, choćby wobec egzotyki miejsca tracą na znaczeniu. Ceny żywności i alkoholu są trochę niższe niż w Polsce, a ceny paliw porównywalne. Wulkanizacja opony kosztuje 1 000 LEK, czyli 35 zł. Policja jest widoczna i przyjazna. I nie chce zatrzymywać zagranicznych przybyszów, by nie robić sobie problemu. A stróże prawa jeśli mogą, chętnie pomogą. Ten powoli rozwijający się kraj, dziś jest bardzo brudny, pełen śmieci, dzikich wysypisk, ale za to bardzo czystych samochodów. Myjnie samochodowe można spotkać tam na każdym kroku. Podobnie jak bary, których jest więcej, niż tzw. „spożywczaków”. To rejon napompowanego pieczywa, pięknych nadmorskich plaż, z których można podziwiać malownicze górskie szczyty. To państwo, w którym jak się ma Mercedesa jest się kimś, kraj w którym łatwiej dogadać się po włosku niż angielsku. Bo spora liczba Albańczyków decyduje się na pracę we Włoszech. Pełen serdeczności, gościnności i patroszonych na ulicach miast krów. Region wszechobecnych bunkrów (postawiono ich blisko 600 000). Kraj gdzie kobiet nie widać, a jeśli widać, to te, które z zapasem piwa na ramieniu wracają grzecznie z zakupów. Na pewno miło będzie do niego wrócić… wspomnieniami.
Autor: Arkadiusz Strzyżewski, Zdjęcia: autor







