Z namiotem na pace. Albania.

ych się krów, owiec i świń, utwierdziło nas w przekonaniu, że trafiło nam się ciekawe miejsce. Nawet lokalni rybacy, swoje sieci zaczęli rozplątywać blisko nas, jakby widok pięknych kobiet dodawał im siły i wiary w to, że warto żyć.

Piękne góry
Zachwyceni miejscem, gdzie z myciem mieliśmy zadanie ułatwione, gdzie do sklepu nie było daleko, a przede wszystkim zachwyceni i napełnieni egzotycznymi widokami, ruszyliśmy w wysokie góry. Wysokie, znaczy porównywalne z naszymi Tatrami. Im dłużej jechaliśmy z dala od zamieszkałych wiosek, tym robiło się coraz bardziej dziko. Im bardziej strome urwiska przy kołach naszych pojazdów, tym więcej widzieliśmy przydrożnych krzyży i pomników ludzi, którzy nie mieli w górach szczęścia. Niestety jazda górami, choć dostarcza pięknych i egzotycznych widoków, jest skrajnie niebezpieczna. Jeden błąd kierowcy i można spaść w kilkusetmetrową przepaść. Czasem pojawiał się problem minięcia na wąskiej drodze, która od naszego samochodu była może szersza o kilkadziesiąt centymetrów. Mijaliśmy ludzi na osłach, pracujących, a także z bronią w ręku. To głównie pasterze, zielarki i leśni drwale. Po ponad dwóch godzinach prawdziwych górskich wertepów, przy których Toyota straciła część podwozia, trafiliśmy do niewielkiej wioski, zamieszkałej przez kilkanaście rodzin. Jak się później dowiedzieliśmy, miejsce to przez blisko sześć miesięcy odcięte jest od świata. Nie sposób dojechać tam, jak spadnie śnieg, a więc tubylcy muszą być samowystarczalni, aż do pierwszych odwilży. Ciekawe, jeśli pomyśleć, że jeszcze przed momentem smażyliśmy się nad jeziorem w ponad 40-stopniowym upale. Nie zdążyliśmy stanąć kolumną naszych aut, a już 12-letni Albańczyk władający świetnie językiem angielskim, polecał nam skorzystanie z jego pola namiotowego. Kupiliśmy po butelce rakiji (ok. 40 zł za 1,5 litrową butelkę) i zamówiliśmy pół pieczonego barana za 60 euro. Za nocleg oczywiście nie płaciliśmy. Rano za jedyne 3 euro można było nabyć 2-kilogramowy bochen świeżego pieczywa, zrobionego tej nocy z mąki kukurydzianej. To chyba jedyne dobre pieczywo, jakie jedliśmy w Albanii, poza tym, które wzięliśmy z Polski.

Kafe bar w samym raju
Wstawaliśmy w okolicach godziny 7:00. Bez oficjalnej pobudki. Rzadko kiedy wiedzieliśmy, gdzie jedziemy. Ważne, że wiedział to Rysiek. On pilnował mapy i tego, żebyśmy jadąc w góry, mieli pełne baki paliwa. Zazwyczaj wyruszaliśmy w trasę około 9:00. Najwięcej czasu zajmowało spakowanie Patroli, wszystkim tym, co każdego wieczora trzeba było z nich wypakować. Namioty, materace, fotele, kuchenki, śpiwory, walizki z jedzeniem i ubraniami – mieliśmy wszystko. Jechaliśmy górami, mijaliśmy piękne wodospady, młyny napędzane wodami pobliskich potoków. Pokonywaliśmy wzdłuż i wszerz górskie strumienia. Aż nagle w przepięknym kanionie, wśród skał, ukazała się naszym oczom wielka wyrwa, a w niej strumień, którego wody wpływały do niewielkiego, krystalicznie czystego, pełnego kamieni, zbiornika. Kto by pomyślał, że na tym końcu świata będzie tak piękne miejsce, pozbawione wszelakich oznak cywilizacji. No może poza czynnym barem, oznaczonym białym bannerem z czerwonym napisem: bar kafe. Okazało się, że właśnie tu, miejscowi uwielbiają spędzać czas, ucinając sobie pogawędki. W barze dostępna była jedynie coca cola i piwo – wszystko super schłodzone w górskim potoku. W menu nie było nic więcej, ale męska grupka zdawała się tym nie przejmować. Pływaliśmy tzn. myliśmy się, zrobiliśmy średnio po 50 zdjęć na głowę, i dalej w drogę.

Nadmorskie plaże
Ponieważ cała Albania to mniej więcej nasze województwo wielkopolskie, a przy tym długie i wąskie, będąc w górach, w ciągu godziny, do dwóch, można być nad morzem. Pierwsza nadmorska plaża off-

...a może to też Cię zainteresuje: