OFF-ROAD PL MAGAZYN 4x4 | CHALLENGE&INDEPENDENCE
Search
Logo OFF-ROAD.PL magazyn 4x4

Ładoga Trophy

ScorpionTeam

 Dla mnie oraz dla mojej rodziny i przyjaciół Ładoga Trophy to nie tylko legendarny rajd, ale czas, w którym stawiamy sobie tylko jeden cel – przygotować się, przetrwać i zwyciężyć.

Ładoga Trophy

W 2017 roku do naszej drużyny dołączył 9-letni Wiktor, który dzielnie pomagał nam w przygotowaniach, rozbierając amfibię na części. 11-letni Krzysio to już weteran. Potrafi rozebrać i złożyć cały pojazd, dbając o każdy szczegół. A do tego nie zna słów „nie da się”. Jego rola to kontrola jakości serwisu oraz – z racji posiadania największego doświadczenia w nawigacji w okolicach Ładogi – pilotowanie auta serwisowego przy pomocy zaawansowanych map sztabowych, rastrowych i wektorowych.

Przed rajdem

Sam rajd zaczął się już na granicy, na której zazwyczaj spędza się sporo czasu. Nam udało się załatwić wszystkie formalności w dwie godziny. Zakładam, że to dzięki naszemu ośmioletniemu doświadczeniu i posiadaniu mnóstwa dokumentów, pieczątek i zgód, a także umiejętności pisania deklaracji na życzenie uroczych celników. Nie do przecenienia była również pomoc Grześka.
Do Petersburga dotarliśmy dwa dni przed startem. Wolny czas wykorzystaliśmy na zrobienie testowego serwisu oraz omówienie poszczególnych elementów rajdu, kwestii BHP i łączności. Później do pierwszej w nocy bawiliśmy się przy dźwiękach polskiej i rosyjskiej muzyki, a następnie skorzystaliśmy z awtomyjki, która świetnie sprawdziła się w roli prysznica, pomimo niskiej temperatury, która panowała na zewnątrz.
Następnego dnia Rosjanie na nasz widok uśmiechali się szeroko i zgodnie twierdzili, że nie jesteśmy normalnym teamem. Połowa ekipy była w tym miejscu po raz pierwszy, dlatego ta niewinna integracja była tak ważna. Podczas rajdu wszyscy zostają poddani wielkiej próbie i mogą liczyć tylko na siebie.

Start

W dniu startu ponad 300 załóg stanęło w pełnej gotowości na Placu św. Isaaka. Nasza elitarna klasa ATV Special, czyli klasa wiezdziechodów zawsze wzbudza największą uwagę. Konstrukcje w niej stosowane są po prostu unikatowe. W tym roku zameldowały się m.in.: rosyjski Sherp (zwycięzca poprzedniej edycji rajdu Ładoga Trophy), amfibia Tinger oraz fińskie quady 6×6.
Zaraz po starcie opuściliśmy Petersburg i po czterech godzinach zameldowaliśmy się na prologu. Na pokonanie tego 4-kilometrowego odcinka uczestnicy mają 10 godzin, jednak najczęściej tylko połowa załóg mieści się w tym limicie. Niektórzy nie wracają nawet po upływie doby. I nie ma się co dziwić, gdyż na trasie nie brakuje wciągających bagien oraz rozlewisk – tuż pod lustrem wody czyhają zatopione drzewa, które „marzą” o tym, by zdewastować most któregoś z pojazdów. W takich warunkach nie pomoże nawet wyciągarka, gdyż odległość do najbliższych drzew jest zbyt duża i trudno znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia. Sporym wyzwaniem są też pływające łąki, które pod wierzchnią warstwą z pięknych biało-żółtych kwiatków skrywają mroczną otchłań. Dla naszej amfibii takie warunki były istnym rajem na ziemi. Arek, dociążając tył pojazdu, zwiększał kąt natarcia, dzięki czemu te ogromne rozlewiska pokonaliśmy jak na motorówce. W efekcie na macie zameldowaliśmy się po 45 minutach.

Nitro, czyli Arek generujący dodatkowy napęd

Niebezpieczeństwo

Kolejnego dnia czekał nas odcinek o długości 74 km. Limit czasowy wynosił 8 godzin. Trasa prowadziła zalaną drogą zrywkową z mnóstwem kolein, leżących w wodzie zwalonych drzew oraz obciętych pieńków, które były w stanie urwać zawieszenie jak zapałkę. Awaria na tym odcinku to istny koszmar, ponieważ nie ma tam żadnej drogi serwisowej, którą można by dostarczyć części zamienne. O ogromnym niebezpieczeństwie, jakie wiąże się z pokonywaniem tego odcinka, kilka lat temu przekonał się nasz kolega, który pozostał na rajdzie Ładoga kilka dni dużej, doprowadzając swój organizm do wycieńczenia i narażając się na atak obudzonych niedźwiedzi. Rok temu kolega z Finlandii właśnie tam odciął sobie quadem nogę. Na szczęście jego przyjaciel zdołał go ewakuować, przywiązując poszkodowanego pasem transportowym do części bagażowej quada 6×6.

Serwis

Po szczęśliwym zakończeniu odcinka mieliśmy do pokonania jeszcze 263 km (5 godzin jazdy), by dotrzeć do północnego campa. Na miejsce dotarliśmy około 1 w nocy. O spokojnym śnie nie było jednak mowy. Wszyscy pomagaliśmy przy serwisie, tak by Jurek z Piotrem sprawnie przygotowali Argo. W końcu o 6 rano musieliśmy stawić się na stracie kolejnego odcinka.
Inne załogi bacznie nas obserwowały. Niejednokrotnie też słyszeliśmy głosy, że jesteśmy jednym z najlepiej i najbardziej profesjonalnie przygotowanych teamów startujących w rajdzie Ładoga. Codziennie wykonywaliśmy bowiem odprawy, poprzedzone pełnym serwisem Argo, oparte o wydrukowane listy z punktami do wykonania. Jurek z Piotrem wzajemnie sprawdzali każdą wykonaną czynność. Krzysio dodatkowo weryfikował strategiczne elementy. Serwis nie pozostawiał cienia wątpliwości w zakresie poprawności działania sprzętu, za co bardzo dziękuję Jurkowi, który w tej dziedzinie jest perfekcjonistą, oraz Piotrowi – dzięki jego pomysłowości wprowadziliśmy dodatkowe usprawnienia zwiększające zdolności bojowe Argo.
W tym miejscu nie mogę też nie wspomnieć o Ewie, która wyposażyła nas w cuda medycyny, tak abyśmy przetrwali nawet atak chemiczny. Uwierzcie, że zwykłe odparzenia czy otarcia mogą drastycznie zmniejszyć zdolność bojową każdego członka zespołu. W naszym wyposażeniu, oprócz standardowych artykułów medycznych, znalazły się: defibrylator, adrenalina, surowica i zestaw do szycia.

Dalej w trasę

Kolejny odcinek, mający 33 km, prowadził przez Góry Pietrsevara. Niestety na stromych zjazdach załogi z TR3 miały spore problemy i blokowały przejazd. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu na czekanie i asekurację, dlatego w 90% mijaliśmy pozostałych uczestników gorszym wariantem. Arek wytyczał nowy ślad po zwalonych drzewach, które pokonywaliśmy taranem i na trakcji wjeżdżaliśmy na górę. Przy jednym zjeździe napotkaliśmy wbite w drzewo auto ze złamanym kołem i wsuniętą pod nie zwrotnicą. Amfibia straciła tam zdolność skręcania i ześlizgiwała się na kamieniach, mając wbity wsteczny bieg. Arek trzymając linę z przodu, schodził i ciągnął mnie na lewo i prawo jak psa na smyczy, tym samym wdrażając nową metodę zjazdu na gąsienicy.

Magamowe trawersy dla Rosjan często kończyły się rolką

Hanibal

Po pokonaniu górskiego odcinka czekał na nas Hanibal, czyli składająca się z trzech odcinków trasa, którą należy pokonać w maksymalnie 24 godziny. Uczestnicy, którzy ze względu na kary odpadają na tym etapie, nie mają już szans na dalszą rywalizację.
Pierwszy odcinek, biegnący po jeziorze morenowym, miał 28 km długości. Pełzanie po metrowych głazach miało charakter demontażownicy do opon, łamacza felg, nóg kierowców crossów i quadów, którzy tracąc równowagę, klinowali buty, a ich kochane maszyny kończyły dzieło zniszczenia. Sama nawigacja głupiała od zmiany poziomów pojazdu i nie była w stanie określić kierunku. Wjeżdżając jako ostatni, spotkaliśmy uczestników wszystkich klas, rozrzuconych na całym terenie – mimo że szlak był jeden. Trzymetrowa gąsienica płynnie prześlizgiwała się z jednego grzbietu skały na drugi. Nie narażając się na kary, skończyliśmy ten odcinek jako jedna z 3 załóg w klasie w limicie czasu.

Kilometry głazów łamały wszystko, nawet psychikę

Kamieniołomy

11 dnia zmagań czekał na nas 10-kilometrowy odcinek prowadzący przez Kamieniołomy Bogatiri. Czas na jego pokonanie wynosił 4 godziny. Początki były trudne, gdyż zgubiliśmy się już na pierwszych 300 metrach. Punkty rozstawiono bardzo blisko. Nie było więc widać jednego głównego śladu – te rozchodziły się dosłownie w każdym kierunku. Musieliśmy się zdać na własną intuicję. Ta nas nie zawiodła i skierowała na poprawny tor. Pionowe krawężniki ze skał miały nawet 3-5 metrów, a do tego nie było możliwości objazdu. Na drugim kilometrze straciliśmy moc. Wydawało się, że silnik chwilami pracuje tylko na jednym cylindrze. Na 3-metrowych uskokach dogoniliśmy Sherpa, który miał duże problemy, ale dzielnie walczył, by nie zrobić rolki. W pewnym momencie i my przekroczyliśmy granicę bezpieczeństwa – wbiłem amfibię pionowo w ziemię, a jej tylne koła zaczęły się odklejać, w efekcie pojazd prawie nakrył mnie jak sarkofag. Tragedii zapobiegł Arek, chwytając amfibię z tyłu i przesuwając punkt równowagi.
Na kolejnych odcinkach bagiennych niemal przelecieliśmy nad potopionymi załogami. Zwolniliśmy dopiero na skalnych trawersach. W końcu od mety dzielił nas tylko kilometr głębokich i bagnistych kolein z rozsianymi w poprzek balami, które Argo bardzo sprawnie przepychało lub wskakiwało na nie! Wreszcie dotarliśmy do upragnionego końca!

Ładoga Trophy

Smak zwycięstwa

Po 8 latach starań udało nam się zrealizować największe marzenie i wejść na szczyt ekstremalnego off-roadu. Jako pierwsza polska załoga od 21 lat (i jedyni obywatele centralnej Europy) zdobyliśmy najwyższe podium. Nikomu się to jeszcze nie udało. Dodatkowo otrzymaliśmy nagrodę specjalną dla najbardziej medialnego teamu. Nasz wyczyn został przyrównany do osiągnięć Hołka w Dakarze i Darka Luberty w Croatia Trophy, co – nie ukrywam – bardzo nam zaimponowało.

Razem z żoną i synami zaczynamy opracowywać nowy plan. ScorpionTeam znów powróci w pełnym składzie, by przeżyć niesamowitą przygodę.

autor: Wojciech Antoniuk, zdjęcia: autor, Krzysztof Antoniuk, Yuri Offchinnikoff

...a może to też Cię zainteresuje: