OFF-ROAD PL MAGAZYN 4x4 | CHALLENGE&INDEPENDENCE
Search
Logo OFF-ROAD.PL magazyn 4x4

Tunezja – tam, gdzie rosną najsłodsze daktyle

Tunezja - tam, gdzie rosną najsłodsze daktyle

AUTOR: Roland Gapik, ZDJĘCIA: Andrzej Gruszka

Rób. Albo nie rób.
Nie ma próbowania.

Tak mówił Mistrz Yoda w Gwiezdnych Wojnach, więc zrobiliśmy to. W jedenaście szalonych dni zjechaliśmy Tunezję, ciesząc oczy jej licznymi atrakcjami. Niemało z tych atrakcji znaleźć można właśnie w kolejnych epizodach sagi opowiadającej o tym, co działo się dawno, dawno temu w odległej galaktyce.

O przygodzie przeczytasz też w Magazynie OFF-ROAD PL nr 5-6 2023 (250)!

Moc była z nami

W południowo-środkowej Tunezji, na obszarze administrowanym przez Gubernatorstwo Tatawin odnajdujemy Ksar Oulad Soltane i Kasr Hedadda. Samo słowo ksar, oznaczało w czasach swojej świetności, w zależności od źródła, twierdzę bądź osadę. Dziś to lepiej lub gorzej zachowane atrakcje turystyczne. Wspomniane przeze mnie powyżej, miały sporo szczęścia. Nawet jeżeli kiedyś na niebyt skaże je Sahara, to potomni będą mieli okazję odwiedzić i zapamiętać oba – oglądając Gwiezdne Wojny.

Położone na skraju wsi, na sporej skarpie, Ksar Oulad Soltane to tak w zasadzie dwa otoczone zabudowaniami ksaru wybrukowane place. Wstęp na teren obiektu jest bezpłatny. Sam ksar zachowany jest w zadziwiająco dobrym stanie. Wejście na pierwszą, czy drugą kondygnację w większości przypadków nie jest obarczone żadnym ryzykiem. Penetracja małych pomieszczeń daje sporo frajdy. Kilka kilometrów dalej znajdujemy Ksar Hedadda – dużo większy i w części odrestaurowany właśnie na potrzeby wcześniej przywołanych Gwiezdnych Wojen. Wejście na teren obiektu kosztuje kilka dinarów. Sam ksar jest na tyle duży, że można w spokoju powłóczyć się jego uliczkami, zaglądając w kolejne wnęki w poszukiwaniu zabłąkanego i marzącego o lepszej przyszłości dla siebie i matki, Anakina Skywalkera.

360 kilometrów dalej, na zachód, leży Mos Espa. Zbudowane tylko na potrzeby filmu przetrwało i ma się względnie dobrze po dziś dzień. Położona na końcu drogi – zbudowanej dla ekipy filmowej – osada jest jedynie atrakcją turystyczną i miejscem pracy lokalnych naciągaczy. Pojedziesz na wielbłądzie czy quadzie. Kupisz czaszki padłych na pustyni zwierząt, pamiątki sygnowane logiem STAR WARS i szereg innych drobiazgów, o których istnieniu nawet byś nie pomyślał. Samo zwiedzanie zajmuje kwadrans – w to wliczam czas na targowanie się z lokalnymi handlarzami. Stąd już niedaleko do ostatniej na naszym szlaku atrakcji
związanej z Zakonem Jedi i odwiecznej walki dobra z ciemną stroną mocy. Udajemy się na pustynię, gdzie kręcone były wyścigi ścigaczy, by zobaczyć słynną formację skalną zwaną Szyją Wielbłąda. Szybko przekonuję się dlaczego mieszkańcy Mos Espa używali ścigaczy. Zjazd z utwardzonego szlaku wzbudza niewyobrażalne tumany kurzu, gwałtownie zwalniając auto w piasku, konsystencją zbliżonym do mąki. Docieramy do Szyi Wielbłąda i z jej szczytu możemy podziwiać rozległą równinę, na której zażarty pojedynek toczył młody Skywalker.

Nie potrafię zrozumieć lokalnych władz. Dzierżąc w ręku tak wielki majątek, jakim są miejsca związane z kultem – bo to chyba najwłaściwsze słowo – Gwiezdnych Wojen, kompletnie nie radzą sobie z wykorzystaniem ich potencjału. Mimo całego swojego uroku odwiedzane przez nas miejsca raziły zaniedbaniem.

Start do wielkiej przygody: AKADEMIA 4×4 – zamów teraz!

Historia wyziera zza płotu

W Al Dżamm naszym celem jest rzymski amfiteatr. Zbudowany w latach 230-238 n.e., do dziś zachował się w lepszym stanie niż rzymskie Koloseum, pozostając trzecią co do wielkości zachowaną, tego typu budowlą na świecie. Możliwe jest zwiedzanie korony jak i podziemi. Stając na środku areny i rozglądając się wokół trudno odeprzeć wrażenie, że dla wielu ten widok był ostatnim w ich życiu. Podobnie makabryczne myśli plączą się po głowie podczas zwiedzania podziemi – głęboki rynsztok poprowadzony przez środek podziemnej części pod całą areną każe zastanowić się co nim spływało.

Ze starożytnością ponownie spotykamy się już na wybrzeżu. Trudno sobie wyobrazić zwiedzanie Tunezji z pominięciem Kartaginy. Niegdyś jedno z najpotężniejszych miast Afryki dziś jest tylko drogą i ekskluzywną „dzielnicą” Tunisu, w której moim zdaniem największą atrakcją pozostają ruiny Term Antoniusza. Zwiedzanie ich, teatru rzymskiego i portów punickich zajęło nam kilka godzin tuż przed odpłynięciem promu.

Historia puszcza do nas oko jeszcze w Kairuan i Monastyrze. Pierwsze miasto to jedno ze świętych miejsc islamu gdzie wartym zwiedzenia jest Meczet Sidi Okba i Medyna. W drugim z miast znajdujemy twierdzę Ribat Harthema. Ten udostępniony do zwiedzania dawny klasztor o cechach obronnych przyciąga filmowców z całego świata. Tutaj kręcono między innymi sceny do takich filmów jak „Życie Chrystusa”, „Żywot Briana” czy „W Pustyni i w puszczy”.

Ponownie Al Dżamm

– Panowie zatrzymajcie się. Zauważyłem coś przy drodze. Muszę się cofnąć. Jedziemy razem. Zawracamy więc wszyscy. Nim zdążyliśmy dotrzeć na miejsce, Robert grasuje już na przydrożnym placu, gdzie po-
śród okuć okiennych, krat, dzbanów, wozów i wszelkiego innego dobra, odnajduje ślady II Wojny Światowej i Afrika Korps. Na sprzedaż wystawione są niemieckie kanistry na wodę i paliwo, czy koła do pojazdów opancerzonych i motocykli. To, co w Europie zdążyło już dawno zgnić, bądź zostać sprzedane, w tym miejscu stoi pomiędzy kratami okiennymi, a ozdobnym dzbanem. Bardzo ciekawa i namacalna lekcja historii.

Na ślady zawieruchy wojennej i Afrika Korps trafiamy w tej podróży jeszcze raz. Poszukujemy i znajdujemy osławioną drogę wojenną Rommla. Śmiało poprowadzona na przełaj przez góry, o długości niespełna 15 kilometrów pozwoliła „Lisowi Pustyni” przerwać osaczenie aliantów i wyprowadzić wojska niemieckie z oblężenia. Wspinamy się, momentami niezwykle stromymi odcinkami, by z każdym pokonanym metrem wzwyż sięgać wzrokiem coraz dalej. Zachwyceni widokami docieramy do przełęczy…Tyle historii. Teraźniejszość jest brutalna! Przerażenie miesza się z niedowierzaniem i smutkiem. Za przełęczą rozpościera się olbrzymie wysypisko śmieci.

Częściowo dymiące, zabudowane w kilku miejscach szałasami i namiotami stanowi apokaliptyczny obraz… Jesteśmy nowotworem na ciele tej planety. Niestety.

Wrota pustyni Ksar Ghilan

Niewielka oaza położona u progu Parc national de Jbil, na jego zachodniej krawędzi. Ostatnie miejsce przed wjazdem na pustynię, gdzie da się nabrać wody, zatankować auta i zjeść coś względnie przyzwoitego. Zatrzymujemy się na ostatnim kempingu. Na campie wrze jak w ulu.

Część wycieczek szykuje się do wyjazdu na pustynię, część wraca i odpoczywa po pojedynku ze srogą naturą. Zdecydowaną większość stanowią Włosi – niektórych kojarzymy jeszcze z promu. Prócz tego, ekipy z Niemiec, Holandii, Czech i jeszcze kilkunastu innych krajów. W tym miejscu zaczynamy prawdziwy off-road, co widać też po parku maszynowym. Motocykle, quady, auta 4×4 – wszystko albo już oblepione pustynnym kurzem, albo jeszcze czyste i świeże, dopiero przygotowywane do zmagań na pustyni.

Na obrzeżach osady tankujemy ostatni raz przed wjazdem na wydmy. Samo tankowanie zaliczamy także do kategorii adventure. Każde z naszych aut jest obsługiwane przez trzyosobowy zespół.

Pierwszy z chłopaków obsługuje lejek wycięty z plastikowej butelki, starając się utrzymać go w otworze wlewu paliwa, drugi trzyma na barkach około dwudziestolitrowy baniak, wyniesiony uprzednio z niskiego budynku nieopodal, trzeci koordynuje proces tankowania, obsługując wąż łączący baniak z lejkiem, a po zakończeniu tankowania inkasuje należność. Intensywna woń oleju napędowego i benzyny,
stojące w równych rzędach baniaki pełne benzyny, ziemia nasiąkniętabenzyną i olejem napędowym i…obsługa odpalająca papierosa od papierosa. Niech moc będzie z nami. Ewentualny wybuch posłałby nas tam, gdzie nie dociera nawet Darth Vader.

Ruszamy na pustynię

Na pustyni spędzamy trzy dni. Trzy dni bez zasięgu i jakiegokolwiek kontaktu ze światem zewnętrznym. Trzy dni sami ze sobą. Wróć. Era pionierów dawno za nami. Choć pustynia miała przed nami jeszcze odsłonić swoje nieubłagane oblicze, póki co mijamy się z kolejnymi ekipami zjeżdżającymi do Ksar Ghilan, bądź wyruszającymi stamtąd. Pierwsze kilometry to spory tłok. Z oazy wyruszamy późnym popołudniem. Za późno by dotrzeć do jakiegokolwiek oznakowanego punktu. W sumie super. Pierwszy nocleg zaliczmy gdzieś…gdzieś pośrodku niczego, na lewo od szlaku skryci pośród wysokich wydm. Właśnie tak jak lubimy.

Następnego dnia przedzieramy się przez kolejne wydmy czerpiąc z tego niemałą satysfakcję. Zdrowy rozsądek znów zostaje zupełnie z tyłu na dłu gich płaskich pustynnych odcinkach. Bez problemu osiągamy prędkości rzędu 100 km/h. Obraz rozpędzonych aut ułożonych w tyralierę, ciągnących za sobą warkocze kurzu zapisuje się w pamięci na długo. Gdzieś na chwilę pojawia się asfalt, a na jego końcu mała knajpka zainstalowana w namiocie. Wnętrze pozbawione okien z dwoma rzędami ław ustawionych pod ścianami. W menu herbata i mięso z wielbłąda. Jest klimat.

Swoje srogie oblicze pustynia pokazuje nam wieczorem. Tuż po zmroku nagle pośród nas staje zapłakana, obca nam kobieta. Podróżując samotnie z mężem ulegają wypadkowi. Ich auto dachuje. Kobieta kierując się w stronę świateł naszego obozu, samotnie, pieszo przemierza kilka kilometrów w poszukiwaniu pomocy. Na pomoc rusza nasz przewodnik. Jak się później okazuje, kończy się na stratach materialnych. Pustynia mimo całego swojego uroku jest niebezpieczna. Właśnie z tego powodu podróże po Parc national de Jbil możliwe są tylko i wyłącznie pod opieką przewodnika.

Punktem kulminacyjnym tułaczki po pustyni jest góra Tembaine. Wyłaniające się z piasków pustyni samotne wzniesienie otoczone polami wydmowymi jest celem wielu wycieczek. I zasługuje na to. Wejście na górę nie jest szczególnie uciążliwe – włożony wysiłek wynagradzają widoki.

Chott el Jerid

Nie mija dzień i żółte zamieniamy na białe. Z piasków pustyni przeskakujemy na brzeg Wielkiego Szottu. Chott el Jerid jest jednym z największych słonych jezior na świecie. Źródła mówią o powierzchni od 5000 do 7000 kilometrów kwadratowych, przy długości sięgającej 250 kilometrów i szerokości nawet 20 kilometrów. Bezkres bieli skrzącej się w promieniach słońca wwierca się w mózg bezlitośnie. Ostre światło trudno wytrzymać bez okularów przeciwsłonecznych. Powierzchnia Wielkiego Szotu także gościła ekipę filmową Gwiezdnych Wojen. Wyschnięte jezioro stało się sceną dla „Nowej nadziei”, „Ataku klonów” i „Zemsty Sithów”. I znów nie mogliśmy zmarnować takiej szansy. Z ekipą motoryzacyjnych szaleńców – jak słone jezioro to i bicie rekordów prędkości. Da się.

Safety

Podróżujemy niezależnie. Zazwyczaj śpimy gdzie chcemy, tam gdzie to tylko możliwe. Z dala od miast i głównych dróg. Niejednokrotnie wydawało nam się, że jesteśmy dość daleko od jakiejkolwiek cywilizacji, zapomniani we wszechświecie… po czym zjawiała się żandarmeria prosząc wszystkich o paszporty. Wylegitymowani, przeliczeni, przepytani skąd i dokąd droga wiedzie żegnaliśmy się serdecznie. Nadszedł jednak wieczór, kiedy funkcjonariusze garde nationale byli równie uprzejmi co nieustępliwi. Odwiedzili nas w trakcie gotowania żurku, w jego ostatniej fazie i kazali zwijać obóz czym prędzej. Tłumaczenia i prośby trafiały w niebyt. Wszelkie zwody bezskuteczne. Biesiada z żurem w roli głównej skończyła się szybciej niż się zaczęła. Dostaliśmy komendę by zwijać obóz i podążać za radiowozem. 30 kilometrów dalej zostaliśmy odstawieni na parking z nakazem nocowania w tym miejscu. Jak się później okazało miejsce naszego pierwotnego obozu znajdowało się na obszarze, gdzie tunezyjskie siły rządowe toczą ciągłe potyczki z uzbrojonymi formacjami terrorystycznymi. Tyle nam powiedziano.

Tam, gdzie rosną najsłodsze daktyle

Daktyle. Dla mnie złoto Tunezji. Niesamowicie słodkie i sprzedawane wszędzie. Dostępne na przydrożnych straganach, na miejskim targu w Tunisie i w lokalnych supermarketach. Sprzedawane luzem bądź w kiściach zdjętych prosto z palm. Niebywale słodkie. W jednej z lokalnych knajpek faszerowane masłem smakowały wyśmienicie. Próbowaliśmy wielbłądziego mięsa na pustyni. Odważyliśmy się zjeść najostrzejsze frikasse w Kairouan. To bułka smażona na głębokim oleju, z harissą, ziemniakami, tuńczykiem i jajkiem. Niesamowicie sycące. Próbowaliśmy kuskus. Bardzo miło wspominamy briki – małe trójkątne chrupiące przekąski wypełnione farszem z ziemniaków, jajka i tuńczyka. I choć wszystko to warte było tego by przystanąć, zatrzymać się na chwilę i zjeść coś lokalnego, to jednak w mojej pamięci smak daktyli zapadł najmocniej. Barwne dywany w Kairouan, jasny piasek wydm, skrząca się biel Wielkiego Szottu, przepyszne briki, scenografie z planu kolejnych epizodów Gwiezdnych Wojen, rozgwieżdżone niebo, sympatyczni uśmiechnięci ludzie…i oczywiście daktyle! Tak będę wspominał Tunezję licząc, że jeszcze kiedyś uda mi się tam wrócić.

...a może to też Cię zainteresuje:

Rusza Croatia Trophy

Dziś rusza chorwacki etap imprezy EURO-TROPHY. Niestety na liście startowej nie znajdziemy ani jednej polskiej załogi. Ta część rajdu zakończy

Czytaj dalej >>