OFF-ROAD PL MAGAZYN 4x4 | CHALLENGE&INDEPENDENCE
Search
Logo OFF-ROAD.PL magazyn 4x4

Pireneje. Od morza do morza z przyczepą i teleskopem cz. I

W najciemniejszych miejscach na świecie można gołym okiem dostrzec nawet kilka tysięcy gwiazd. Doskonałą widoczność osiągniemy tam, gdzie nie ma osiedli roztaczających na nocnym niebie świetlną łunę. Na naszym kontynencie najmniejsze zanieczyszczenie świetlne występuje zazwyczaj w górach. Dlatego też, by pooglądać gwiazdy, wybraliśmy się w… Pireneje.

Czocha

Zacznijmy od początku, czyli od samego dojazdu do celu, jakim były Pireneje. Trasa do zamku Czocha z A4 była bardzo ciekawa – mijaliśmy bowiem wiele zrujnowanych, ale malowniczych, niemieckich dworków i folwarków. Po drodze zatrzymaliśmy się w przydrożnej karczmie i zjedliśmy spóźniony obiad – ja zdecydowałem się na placki ziemniaczane z gulaszem, a mój kompan, Filip, na schabowego, po raz pierwszy z kością! Jedzenie było tak smaczne, że postanowiliśmy zrobić konkurencję Michelinowi i przydzielić własne gwiazdki restauracjom, w których będziemy się stołować podczas naszej wyprawy. Ocenialiśmy w skali od 1 do 5. Restauracja w pobliżu Zgorzelca dostała 4,5! Do zamku Czocha dotarliśmy wieczorem, już po zamknięciu bram dla zwiedzających. Ochrona wpuściła nas jednak na dziedziniec. Przeszliśmy się wzdłuż budynków gospodarskich, by podziwiać otoczony fosą zamek, którego architektura wprawiała nas w zdumienie – dziedziniec, most nad fosą, zabudowania gospodarskie i budynek główny tworzą wiele ciekawych planów fotograficznych. Niestety zdjęcia z ręki się nie udały. W pobliżu zamku, nad zalewem, znajduje się kemping pod szyldem Plaża Czocha. Duża, trawiasta polana schodzi prosto do wody. W dalszej części plaży znajduje się miejsce przeznaczone na namioty, a powyżej na przyczepy stacjonarne. Zaparkowaliśmy nasz zaprzęg przy alejce i rozłożyliśmy namiot. Przed nami rozpościerał się cudowny widok na jezioro. Wokół cisza i spokój. Słyszeliśmy jedynie szum poruszanych delikatnym wiatrem gałęzi, plusk wody, cykanie świerszczy i pohukiwanie sów.

Czocha – parkujemy nasz zaprzęg pośrodku, przy alejce, rozkładając namiot nad łąką – mamy piękny widok na jeziorko

Było dosyć chłodno, więc zaopatrzeni w ciepłe bluzy i polary czekaliśmyna mrok, by móc wypróbować nasz sprzęt. Oddalone od cywilizacjijezioro było do tego idealnym miejscem. Gwiazdy były dobrzewidoczne, więc próba sprzętu fotograficznego przed kolejnymi sesjaminocnymi udała się znakomicie.

Eguisheim – ulica jest podwórkiem, po jednej stronie stoi dom z pomieszczeniami produkcyjnymi i magazynowymi, naprzeciwko znajduje się stajnia ze stodołą

Przez linię Maginota

Wypadek na niemieckiej autostradzie skierował nas za GPS-em przez Ren na francuską stronę. Wjechaliśmy w region Alzacji. Dalej przekroczyliśmy linię Maginota i dotarliśmy do Strasburga. Ażurowa sylweta kościoła w centrum miasta wyglądała znajomo. Do Eguisheim w departamencie Górny Ren dotarliśmy o 22.00. Na zwiedzanie było już niestety za późno, a kemping był zamknięty. Zaliczyliśmy krótki spacer w kierunku trzech zamków – tam, wśród winnic, znaleźliśmy dobre miejsce na nocleg. Zaparkowaliśmy nasz zaprzęg na równo wykoszonym trawniku na skraju winnicy. Niebo widziane z tego miejsca okazało się wystarczająco ciemne, by umożliwić nocny plener fotograficzny. Zajmowaliśmy się tym do 1.00 w nocy. Eguisheim Rano nieniepokojeni przez nikogo spakowaliśmy przyczepę i zjechaliśmy do wsi, mijając po drodze niegościnny kemping. Z Wikipedii dowiedzieliśmy się, że Eguisheim jest jedną z trzech obok Hunawihr i Riquewihr wioską w regionie Górny Ren należącą do francuskiego stowarzyszenia Les Plus Beaux Villages de France zrzeszającego najładniejsze wsie we Francji. Popularność Eguisheim zawdzięcza również swojemu położeniu na Szlaku Win w Alzacji. Na miejscu dowiedzieliśmy się też, że wioska posiada certyfikat jednej z najładniejszych na świecie. Z racji wczesnej godziny uliczek nie opanowali jeszcze turyści. W dopiero co otwartej bulanżerii kupiliśmy słodką tartę i zajadając, ruszyliśmy do centrum. Zbudowana koncentrycznie wioska urzekła nas swoim pięknem. Ulice zataczały koło i pierścieniami otaczały główny plac z zamkiem i kościołem, z którego wieży klekotał bocian. Ulice pełniły tam funkcje podwórka. Po jednej stronie stały domy z pomieszczeniami produkcyjnymi i magazynowymi, a po drugiej stronie ulicy znajdowały się stajnie i stodoły. Wszystkie zabudowania były odnowione i dobrze utrzymane. Uliczki brukowane, domy kolorowe i z mnóstwem kwiatów.

Góry Alberes – w nocy niebo jest częściowo zachmurzone choć w tych górach wieją potężne
wiatry. Nasz teleskop drży i trudno zrobić nieporuszone zdjęcia z barana tubusa

Resztę dnia spędziliśmy w samochodzie, słuchając 1. części Millenium i próbując doładować baterię nikona. Z daleka, na tle Pirenejów widzieliśmy potężne zamki Katarów, co było przyczynkiem do rozmowy o smutnej historii ich mieszkańców. Tego dnia nie dotarliśmy do Collioure. Zatrzymaliśmy się na parkingu przy stacji benzynowej. Warunki jak na kempingu – prysznic, sklep, wi-fi i miejscówka pod drzewami na skraju strefy dla przyczep.

Pireneje

Następnego dnia wstaliśmy o 7.00, a o 9.00 byliśmy już w Collioure, które znajduje się w departamencie Pireneje Wschodnie w regionie Langwedocja-Roussillon. W sklepie za miastem zrobiliśmy małe zakupy. Ze znajdującego się przy malutkim rondzie dystrybutora zakładu mechanicznego zatankowaliśmy paliwo (do baku i do zapasowego kanistra). Następnie wyjechaliśmy z miasteczka. Początkowo droga biegła między winnicami, dalej wiła się po zboczach aż do granic Katalonii. Szlak doprowadził nas do Saint Quirze de Colera – klasztoru benedyktynów z IX w. Odpoczywając na tarasie zabudowań przyklasztornych podziwialiśmy monumentalną budowlę obronną. Taras sąsiadował z doskonale wyposażoną restauracją. Zamówiliśmy więc kataloński obiad. Na przystawkę podano nam puszyste aioli (czosnek roztarty z oliwą i odrobiną soku z cytryny) z chlebem kukurydzianym. Jako danie główne dostaliśmy jagnięcinę z grilla z domowymi frytkami. Jedzenie było pyszne, ale jeszcze żywe wspomnienia rodzimego schabowego z kością spowodowały, że owieczka uplasowała się na czwartej półce.

Zalew Panta de Boadella – zagajnik, plaża, czysta woda, wokół brak
zabudowań, chciałoby się zostać tu na dłużej

Po posiłku dopełniliśmy prawie pusty zbiornik z wodą i ruszyliśmy przez góry Alberes. Początkowo droga prowadziła przez tereny zamieszkałe, ale po jakimś czasie wjechaliśmy w całkowite bezludzie. Zawieszenie przyczepy dzielnie znosiło dłuższy przejazd wyboistą, górską drogą, ale śruby łap bagażnika dachowego powoli się luzowały. Na szczęście wzięliśmy ze sobą odpowiednie klucze.
Dalszy przejazd odbył się w asyście patrolu wojskowego – wjechaliśmy bowiem do strefy militarnej, gdzie zostaliśmy namierzeni i zatrzymani. Siłą wyrazu gestów, gdyż nie porozumiewaliśmy się w kompatybilnych językach, udało nam się nakłonić dowódczynię patrolu do przeprowadzenia naszego zaprzęgu przez objęty zakazem obszar.

Nasz zaprzęg składał się z Toyoty Land Cruiser J95 i prototypowej
przyczepy własnego projektu

Zanim zdążyliśmy ruszyć, na trasie pojawiły się trzy toyoty J95 – takie jak nasza, z namiotami na dachu. Po dłuższych negocjacjach żołnierze uformowali kolumnę, ktej byliśmy czołem. Po opuszczeniu strefy militarnej rozpoczęliśmy poszukiwania najbliższego punktu na naszej trasie i korzystając ze wskazek GPS, ruszyliśmy w kierunku miejscowości Darnius.

Góry Alberes – tam nie brakuje uroczych, bezludnych miejsc

Dotarliśmy do zalewu Panta de Boadella i tam zatrzymaliśmy się na nocleg. Zagajnik, plaża, czysta woda, brak zabudowań – chciałoby się zostać na dłużej. Czekając na nocny plener, przetestowaliśmy bumerangi. Niebo było częściowo zachmurzone, choć w tych gach wieją potężne wiatry. Nasz teleskop drżał i trudno było zrobić nieporuszone zdjęcia z barana tubusa. Pracę zakończyliśmy o pierwszej w nocy. Postanowiliśmy, że nazajutrz przeniesiemy się do Aragonii.

Planując trasę korzystaliśmy z roadbooka Vibraction nr5, opisów szlaków motocyklowych, przewodników, no i oczywiście Google Earth

Dolina Isabena

Przejazd do Aragonii najkrótszą drogą oznaczał powrót na francuską stronę i wjazd na drogę 116 z Perpignan w kierunku Andory. Wjechaliśmy z powrotem do Hiszpanii. Dalej drogą 260 do Roda de Isabena. Trasa biegła przez wysokie góry. Kolejne przełęcze pokonaliśmy asfaltem, ale widoki były fantastyczne – wysokie szczyty, tunele wykute w skale, wąskie przesmyki, rwące potoki w dolinach i na dnie kanionów, a także opuszczone, kamienne wioski na wzgórzach. Jedną z nich postanowiliśmy zwiedzić. Ściany domów z kamieni układanych bez zaprawy wznosiły się labiryntem w kierunku najwyższego punktu, w którym stał jedyny, zadaszony budynek – kaplica. Przez szczeliny dostrzegliśmy kamienny ołtarz i ławy. Wulkaniczne wzgórze było pokryte czerwoną gliną. Filip wydłubał ze ścieżki kilka grudek z zamiarem wyprodukowania prototypów fajek. Z przełęczy zjechaliśmy w dolinę rzeki Isabena. Tę i kilka następnych nocy mieliśmy spędzić na jedynym w okolicy, ale wyjątkowym, kempingu Isabena, który miał nam służyć za bazę wypadową w piękne okoliczne góry.
Tego wieczoru na tarasie restauracji zjedliśmy spóźniony obiad. Zamówiliśmy zestaw dnia. Na przystawkę uprzejma obsługa podała nam coś zawinięte w coś vegetable. Później weszło danie główne, czyli gulasz wołowy z makaronem – jeden z najlepszych jakie jadłem. Na koniec zaserwowano nam krem kataloński. Wszystko było bardzo smaczne. Po kolacji odbył się koncert. Na pierwszy ogień poszło trio jazzowe, które mocno rozgrzało publiczność. Niektórzy włączyli się nawet w jam session i przynieśli własne instrumenty. Była gitara basowa, wiolonczela, pianino, flet i różne przeszkadzajki perkusyjne. Śpiewali soliści, duety i tercety z publiczności i obsługi kempingu. Były też kawałki instrumentalne. Odpadliśmy o wpół do pierwszej.

Pireneje są jednym z najciemniejszych obszarów w Europie. Najwięcej gwiazd
zobaczymy nocą w Aragonii w Parku Ordesa i w okolicach doliny Isabena

Jacuzzi

Kolejnego dnia postanowiliśmy nieco odpocząć – w końcu była niedziela. Wczesnym popołudniem pojechaliśmy na zakupy do małego sklepu przy stacji benzynowej. Kupują tam głównie miejscowi, więc sklep jest zaopatrzony w produkty lepsze i tańsze, a przede wszystkim regionalne. Kupiliśmy ciasto, tartę, wino i kilka różnych piw na spróbowanie. Następnie podjechaliśmy do najbliższej wioski – Serraduy. Przez mostek przerzucony łukami nad Isabeną weszliśmy pomiędzy domy i zaczęliśmy wspinać się uliczką coraz wyżej. Na tarasie ostatniego domu zauważyliśmy mężczyznę, który gestami zachęcał nas do dalszego podążania ścieżką. Po kilku minutach marszu dotarliśmy do naturalnego jacuzzi. Filip wrócił do wioski rzeką, a ja z aparatem fotograficznym w dłoni podążałem drogą. Po południu pojechaliśmy szukać dobrego miejsca, z którego w nocy moglibyśmy obserwować niebo. Dwa kilometry za Puebla de Roda, na wzniesieniu, znaleźliśmy rozległe pole z otwartym widokiem na otaczające nas góry i na Roda de Isabena – wioskę na wzgórzu w dole doliny. Miejsce okazało się idealne do rzucania bumerangiem – tym razem nieźle latały. Wieczorem wróciliśmy na kemping, by spakować sprzęt, a następnie ruszyliśmy w kierunku naszego miejsca obserwacyjnego. Po drodze zwiedziliśmy Puebla de Roda – piękna wioska z odnowionymi brukami i fasadami domów oraz z wąskimi uliczkami opadającymi ostro w dół. Tej nocy udała nam się obserwacja Księżyca i Saturna. Przez ognisko teleskopu zrobiliśmy zdjęcie Roda de Isabena, a ze statywu Drogę Mleczną. Postanowiliśmy w następnych dniach skupić się na naszej galaktyce i sfotografować ją z większej wysokości.

Dotarliśmy w najwyżej położone, najciemniejsze obszary kontynentu europejskiego,
skąd najlepiej widać nocne niebo

El Turbon

Rano skopiowaliśmy mapy El Turbon i pojechaliśmy sprawdzić, czy uda nam się dostać do schroniska na hali na wysokości 2000 m n.p.m. Droga była dość trudna – wymagała uwagi i napędu na cztery koła. Ciasne zakręty wznosiły się stromo w górę aż pod litą, kamienną ścianę. Dalej szlakiem prowadzącym po zboczu prosto w górę dotarliśmy na miejsce. Hala jest olbrzymim, zielonym pastwiskiem, z którego korzystają aragońscy bacowie. Stado krów zainteresowało się naszą obecnością. Zwierzęta podchodziły bez obaw i przyjaźnie pozowały do zdjęć przy samym samochodzie.
Zjazd z góry okazał się łatwiejszy, choć ekspozycja robiła wrażenie, a pokonywanie zakrętów na dwa razy z cofaniem nad przepaścią podnosiło ciśnienie.
Na kemping wróciliśmy dosyć wcześnie, więc popołudnie nieco nam się dłużyło. Filip zaproponował, by jeszcze tej nocy sfotografować niebo z El Turbon. W biegu spakowaliśmy więc śpiwory, lodówkę oraz skrzynię z jedzeniem i ruszyliśmy w drogę. Na górę dostaliśmy się szybciej niż za pierwszym razem. Zastaliśmy tam otwarte schronisko i parę, która również dotarła na szczyt samochodem. Okazało się, że to Aragończycy. Filip wykorzystał wieczorną porę i zrobił serię niezłych zdjęć z zachodzącym słońcem w tle. Dostaliśmy zaproszenie do skorzystania z wolnych miejsc w schronisku, ale większą część nocy poświęciliśmy gwiazdom, głównie Drodze Mlecznej – doskonale widocznej na tej wysokości. Resztę nocy przespaliśmy w samochodzie.

Na hali pod El Turbon w oczekiwaniu na nocny spektakl gwiazd

Fajka wodna

O 9.00 w towarzystwie chętnie pozujących sępów, wśród zielonych poduch z mchu zaczęliśmy zjeżdżać z góry. Nad rzeką znaleźliśmy glinę, z której Filip po powrocie do bazy precyzyjnie wymodelował fajkę wodną. Jako miłośnik fajkowania i ten ręczny wyrób z aragońskiej gliny musiałem wypróbować. Szkoda tylko, że nie została wypalona, bo w trakcie kolejnej próby wciągnięcia dymu fajka rozpadła się nam w rękach. Po południu na kemping wjechała terenowa Toyota J95 i zaparkowała na tym samym miejscu, z którego pierwszego dnia przenieśliśmy się pod wyższe drzewa. Podszedłem doradzić przybyszom inną miejscówkę. Okazało się, że na pokładzie Toyoty znajdowała się rodzinna załoga podążająca w kierunku Zatoki Biskajskiej. Następnego dnia zamierzali ruszyć dalej. Po rozpakowaniu swoich bagaży podeszli do nas, by się przywitać. Najpierw starszyzna obejrzała naszą przyczepę wyprawową, później podbiegli ich synowie. Wszyscy okazali się bardzo mili i towarzyscy. Zauważyłem, że chłopcy – tak jak Filip – nie czują żadnej bariery językowej. Swobodnie porozumiewali się z nim po angielsku. Dalszy ciąg ciekawie zapowiadającej się rozmowy przerwał nagły i gwałtownie wzmagający się deszcz. Ulewa uziemiła nas w namiotach na dobre… Dalszy ciąg historii już w kolejnym wydaniu „OFF-ROAD PL”. Ξ

 

autor: Krzysztof Tłuszcz, zdjęcia: Filip Tłuszcz, autor

...a może to też Cię zainteresuje:

Nowszy Hyundai Santa Fe

Hyundai Santa Fe stopniowo pokazuje nowe oblicze. Jednak zmiany na pewno nie będą jedynie powierzchowne. Mimo, ze debiut bieżącej generacji

Czytaj dalej >>