OFF-ROAD PL MAGAZYN 4x4 | CHALLENGE&INDEPENDENCE
Search
Logo OFF-ROAD.PL magazyn 4x4

Fraser Island, czyli Wielka Wyspa Piaszczysta

Rankiem 19 listopada ekipę Campus Australia Expedition odwiedzili na kempingu Rangersi, aby sprawdzić czy Ci, co na nim nocują, zapłacili za niego i czy przypadkiem nie wpadł komuś do głowy głupi pomysł aby rozpalić ognisko, co jest tam surowo zakazane.  Ponieważ Michał z Jackiem zapłacili  za nocleg i nie palili ogniska, ucięli sobie tylko miłą pogawędkę z Rangersami.
Reszta dnia i … część nocy  minęła im na dojazdówce do kolejnego ważnego punktu wyprawy. W sumie od godziny 10 rano do godziny 3 w nocy udało im się przejechać prawie 1200km. Ponieważ w Australii recepcje kempingów zamykają najpóźniej o 9 wieczorem, więc nawet nie myśleli o zatrzymaniu się  w środku nocy w cywilizowanych warunkach i rozbili obóz na osłoniętej wysoką trawą bocznej ścieżce.

Następnego dnia już o 6 rano obudzeni przez deszcz postanowili ruszyć w dalszą drogę, aby dojechać  o przyzwoitej porze na Fraser Island, zwaną też Wielką Wyspą Piaszczystą – jest to największa na świecie wyspa piaskową położona około 200 km na północ od Brisbane. Ma ona 120km długości
i do 25km szerokości oraz zajmuje obszar o powierzchni 1600km kwadratowych, a piaszczyste wydmy osiągają na niej  wysokość do 240m. Wyspa Fraser jest częścią regionu pod nazwą Wielki Rejon Piaszczysty, a w 1992 roku została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Oryginalna nazwa wyspy – „K’gari” (czyli raj) – nadana została przez dawniej mieszkających tam aborygenów australijskich z plemienia Butchulla. Wszyscy mieszkający na wyspie aborygeni niestety wyginęli po przybyciu tam białych osadników. Obecna nazwa wyspy – Fraser – została nadana przez kapitana Jamesa Frasera na cześć jego żony, Elizy Fraser. Przebywali oni tam pewien czas po rozbiciu się ich statku, Sterling Castle. Kapitan Fraser zmarł na wyspie, ale jego żona wraz z innymi członkami załogi zostali uratowani.

Michał z Jackiem dostali się na wyspę korzystając z usług regularnie kursującego promu. Aby poruszać się po samej wyspie wymagany jest samochód terenowy ponieważ po zjechaniu z promu można się tam poruszać jedynie szeroką plażą. Niesamowite jest to, że na plaży obowiązuje kodeks ruchu drogowego – jest ograniczenie prędkości i policja z suszarką poluje na tych, co przekraczają 80 km/h.

Na wyspie mieszka również spora ilość psów dingo, które wieczorem nie przegapiają żadnego turysty bezczelnie myszkując po obozowisku. Są tak cwane że czekają cierpliwie aż „klienci” pójdą spać, aby w ciszy zakraść się do namiotu i porwać wszystko to, co pachnie jedzeniem.  Są to jedne z ostatnich genetycznie czystych dingo znajdujących się w Australii. Rangersi, którzy odwiedzili ekipę przed zmrokiem, prosili o nie karmienie dingo i schowanie na noc jedzenia oraz śmieci do samochodu.

 

{gallery}ca2010_2{/gallery}

Po tej miłej pogawędce nastał czas na fotografię artystyczną. Jacek upatrzył sobie za cel niesamowity wrak statku „Maheno” wyrzuconego na brzeg w 1935 roku podczas huraganu, którego ze względu na koszty i trudności techniczne nie opłacało się ściągać na głęboką wodę. Stoi teraz zardzewiały,
a znaczna jego część jest schowana pod piachem, który jest tu nawiewany lub wyrzucany przez wody oceanu.  Jacek w amoku fotografował wrak nie zwracając uwagi na fale. Niestety jak to bywa co dziesiąta jest większa i trafiła Jacka zalewając go wodą. Zarówno on jak i Michał byli w wielkim szoku, że aparat fotograficzny przeżył tę oceaniczną kąpiel bez szwanku….  SONY zdało egzamin na 1000 % !!! Nie sztuka jest zrobić dobrą rzecz… ale dobrą i wytrzymałą to jest sztuka i to się SONY udało.

Rankiem 21 listopada szarpani niemiłosiernym wiatrem obudzili się znów o 6 rano. Po śniadaniu, na które składały się dwie puszki tuńczyka oraz mielonka, i kolejnej sesji wraku Michał z Jackiem zapakowali CampuS’owe obozowisko do samochodu i ruszyli na zwiedzanie wnętrza wyspy. 

Ich pierwszym celem było dotarcie do olbrzymich wydm zwanych Knifeblade Sandblow, czyli wydm jak ostrze noża. Potem ruszyli w kierunku słodkowodnego jeziorka Allom. Ponieważ czas ich gonił niemiłosiernie urządzili sobie przepiękny prywatny rajd cross country po ścieżce zwanej Northern Road, którą wrócili na mistyczną plażę wyspy Fraser, a następnie plażową autostradą udali się w kierunku promu.

Po dotarciu na stały ląd wyznaczyli przy pomocy GPS’u drogę w kierunku Brisbane. Najkrótsza trasa wynosiła 204km i prowadziła częściowo off-road’em, co bardzo ucieszyło uczestników ekspedycji.

Zgodnie ze wskazaniem GPS’u skręcili w drogę, przy której stała tablica informująca, że droga jest przejezdna tylko dla samochodów 4×4 i to też nie zawsze. Michał i Jacek mieli zabawy co nie miara –  śliczny twardy szlak zamienił się nagle w piękne czerwone błoto o parametrach jezdnych porównywalnych do doskonałego lodowiska przygotowanego specjalnie do gry w Curling. Po dotarciu już do właściwej drogi A1 mogli kontynuować trasę w kierunku Brisbane po gładkim asfalcie. Samo miasto nocną porą ominęli obwodnicą prowadzącą przez jeden z najbardziej niesamowitych mostów, którymi mieli okazję w życiu podróżować. Od razu było widać że mrozów w Australii nie ma… most piął się tak stromo do góry, że mogli się na niego wdrapać używając tylko i wyłącznie drugiego biegu.

Do Sydney zostało im stamtąd ok. 700km. Założyli więc sobie, że będą jechać do północy, a potem poszukają cichego noclegu. Okazało się to nie lada wyzwaniem z powodu okalających każdy skrawek ziemi płotów. Jednak udało im się znaleźć opuszczoną leśną drogę, na której rozbili namiot na nocleg. Jedynym minusem tego urokliwego miejsca były chmary komarów przeszkadzające w rozbiciu namiotu. Na szczęście gęsta siatka namiotu była dla nich nie do zdobycia, co dało członkom wyprawy spokojny sen.

Źródło:ZESPÓŁ PR CAMPUS

...a może to też Cię zainteresuje:

Niebawem MT Rally.

Już 11 kwietnia, czyli tuż po Wielkanocy startuje międzynarodowy wyścig off-roadowy – MT Rally. Jak co roku na terenie poligonu

Czytaj dalej >>