OFF-ROAD PL MAGAZYN 4x4 | CHALLENGE&INDEPENDENCE
Search
Logo OFF-ROAD.PL magazyn 4x4

Kenia. Kartki z podróży.

Ktoś mnie kiedyś zapytał, co mam z tych moich samochodowych wojaży. Przede wszystkim wspomnienia. Obrazy miejsc i ludzi, których pewnie już nigdy nie spotkam. A do tego wiedza o świecie i doświadczenie. Z rzeczy bardziej materialnych pozostają mi natomiast tysiące zdjęć, gigabajty filmów i cała półka zapisanych maczkiem zeszytów.

Jezioro Chala to dawna kaldera. Przez sam środek tego tworu przechodzi granica między Tanzanią i Kenią. Lustro wody leży kilkadziesiąt metrów poniżej krawędzi krateru. Aby zamoczyć rękę w wodzie, trzeba podjąć ryzyko i zejść stromą i śliską ścieżką. Wokół wysokie drzewa. Schodząc, w zasadzie zatrzymuję się tylko na nich. W gęstwinie nie udaje mi się zrobić zdjęcia. Chyba już wiem dlaczego luksusowy lodge w tym miejscu zbankrutował

Obcy

– Vlado – przedstawia się podając mi rękę. W głowie zapalają mi się czerwone światełka. Środkowa albo wschodnia Europa, od razu stawiam diagnozę. Czechy? Rosja? Może jakaś Serbia?
– Where do you live? – pyta jakby nie widział tablicy rejestracyjnej samochodu, jakim tu przyjechałem. Prawda. To, że auto jest z Polski nie oznacza, że ja także.
– Warsaw, Poland – odpowiadam.
Nie zrewanżowałem się takim samym pytaniem. Może liczyłem na to, że sam powie? Nie powiedział.
– How are the things in Warsaw? – kontynuuje tę rozmowę o niczym. Ma prawo nie wiedzieć. W końcu jesteśmy na sawannie gdzieś w Afryce Wschodniej. Z internetem tu raczej kiepsko.
– Might be better.

Potem przez jakiś czas rozmawiają już tylko między sobą. On i Derrick. Obaj wciągnięci w jakieś wspólne interesy. Rozmawiają o inwestycjach. Padają nazwy wielkich banków, biur maklerskich, znanych firm doradczych. Derrick wypowiada się w stonowany sposób. Być może czuje niestosowność dyskutowania o tych sprawach przy obcym. Vlado wprost przeciwnie. Najwyraźniej imponuje mu komentowanie inwestycji jakiegoś Jacka gdzieś w Kenii. W co drugim zdaniu pada czteroliterowe angielskie słowo na literę „f”.

– Wczoraj mieliśmy tu cztery dziewczyny – nieoczekiwanie rzuca w moją stronę, zmieniając ton, jakby przypominał sobie, że wciąż tu siedzę.
– Czarne czy białe? – rzucam, bo tylko to przyszło mi do głowy.
– Szwedki! Szwedki? – mówi, zerkając z uśmiechem w stronę Derricka. Ale tamten patrzy w ogień i nic nie odpowiada.
– Czy w tym jeziorze można się kąpać? – teraz ja zmieniam temat.
– O ile wiem, wiele lat temu ktoś podobno wpuścił tu od strony Kenii krokodyle. Ale, o ile mi wiadomo, później wszystkie wybito – mówi Derrick.
Kłamie albo rzeczywiście nie wie. W przewodniku wyczytałem, że w 2002 roku w jeziorze Chala znaleziono ciało angielskiej turystki z odgryzioną ręką.
Ludzie kąpią się tu czasem – dopowiada po chwili bez przekonania. Nie podnosi wzroku. Wciąż spogląda w ogień.
– Jak tu trafiłeś? Ktoś ci powiedział o Chala Lake?
– Jechałem w stronę granicy i szukałem miejsca na biwak, kiedy zobaczyłem drogowskaz. Wcześniej czytałem o tym jeziorze. Więc pomyślałem, że tu podjadę.
– Przed laty był tu ekskluzywny lodge. Ale coś poszło nie tak i popadł w ruinę. Grupa inwestorów przejęła tę posiadłość. Chcemy to odbudować

Narodowe bogactwo

Rano ruszam na granicę. Opuszczam Tanzanię, by na kilka dni wjechać do Kenii. W pewnym momencie asfalt się urywa. Droga dalej to tylko dziury i wykroty. Ziemia niczyja. Ale wyjeżdżone klepisko wiedzie w lewo od szlaku, do niewielkiego budyneczku. Kiedyś był biały. Dzisiaj raczej szary. Z daleka widzę szyld Immigration, czyli stempel w paszporcie i wiza. Jestem jedynym przejezdnym. Nie licząc oczywiście miejscowych, którzy na rowerach i rozklekotanych motorkach pomykają obładowani jakimiś worami, nawet nie zerkając w stronę kontroli granicznej. W środku dwa okienka. W obu siedzą ospali panowie.

– Welcome to Kenya – wita mnie z uśmiechem jegomość w mundurze. Musiał widzieć, że nadjechałem od strony Tanzanii.
– Potrzebuję wizę – przechodzę do konkretów.
– No problem, sir.
– Ile to kosztuje?
– Fifty dollars. Ale możesz zapłacić więcej.
– Jak to więcej? Ile więcej?
– Ile chcesz. Wiza kosztuje 50 dolarów a jak dasz więcej to będziemy mieli dla siebie. Musimy z czegoś żyć. Rząd nam nie płaci.

Trochę mnie zaskoczył. Zwykle na takich granicach próbują cię naciągnąć, postraszyć, zaszantażować. Przyciskają do muru, bezwzględnie łupią. Za ekologię. Za brak odblasków. Za cokolwiek im przyjdzie do głowy. Tymczasem on mówi, jak jest. Pewnie ta strategia też działa. A przy okazji nie musi posuwać się do słownej przemocy.

– A co będzie jak nie zapłacę więcej?
– Nic. Dostaniesz wizę i wjedziesz do Kenii. Tylko mnie będzie przykro.
– Przy wjeździe pouczono mnie, że nie wolno dawać urzędnikom prezentów
– zawsze to mówię, kiedy gdzieś w podróży oficjele próbują wyłudzić ode mnie kasę. Mówię „prezent”, ale w myślach mam „łapówka”.

Taveta. Pierwsza miejscowość po stronie kenijskiej. Wcale mnie nie martwi, że nie dociągnięto tu jeszcze asfaltu. Niby tylko dwie ulice na krzyż, ale z rana ruch i gwar. W miejscu, które niewątpliwie na wyrost nazywam „centrum” panuje wszechobecny handel. Obok przystanął autobus. Podróżni wchodzą nie tylko drzwiami, ale i oknami. A każdy ma tyle tobołów, że przydałaby się przyczepa. Ale przyczepy nie ma. Wszyscy i wszystko musi się zmieścić w środku. No dobrze, część pakunków ląduje na dachu.

Jedyna droga wiodąca na północ, w kierunku Nairobi, biegnie przez park narodowy Tsavo. Chcę się tam dostać, to jeden z celów tej podróży. Ale wjechać tam można tylko przez jedną z oficjalnych bram. I tylko po wniesieniu sowitej opłaty. W sumie nie ma tu żadnych ogrodzeń. Można by pojechać na krechę. Zjechać w lewo, na sawannę, i już jest się w parku. Jednak ja jestem nie tyle uczciwy co rozsądny. Jadę sam. Nie muszę poszukiwać na siłę dodatkowej przygody.

W końcu dojeżdżam do jednej z bocznych bram. To Maktau Gate. Tędy oficjalnie można tylko z parku wyjechać. Ale uprzejmy ranger przepuszcza mnie na drugą stronę. Wie, że wyjazd będzie możliwy tylko po wniesieniu opłaty. Dostaję kartę magnetyczną, na której zakodowany jest mój wjazd. I jestem już w systemie. Pięćdziesiąt dolarów od osoby plus jeszcze jakaś opłata za samochód w lokalnej walucie. To są stawki za dobę. Trochę dużo. Ale – z drugiej strony – te parki to niemal wszystko, co tutaj mają. Takie bogactwo narodowe. I są tego warte!

Jeszcze jadąc wzdłuż granicy Tsavo, zobaczyłem pierwszego słonia. W zasadzie to go minąłem, nie zauważyłem. Dopiero kątem oka dostrzegłem go w lusterku. Stał przy samej drodze i skrył się za krzakami. Przejechałem kilka metrów od niego. Może trzy, może dwa… Od razu zdjąłem nogę z gazu. Zderzyć się ze słoniem. To by dopiero była heca. Zresztą wkrótce po obu stronach drogi wędrowały stada żyraf. Majestatyczne. Fantastyczne. Trudno mi było na początku uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Mijają godziny a ja jadę piaszczystym szlakiem przez równiny Tsavo. Zauważam, że piasek jest czasem czerwony jak w Australii. I zadaję sobie pytanie, ileż można podziwiać dzikie zwierzęta? Słonie, żyrafy, zebry, antylopy. W zasadzie po kilku godzinach traktuję je już jak coś normalnego. Jak komary bądź muchy. W zasadzie zaniepokoiłbym się, gdyby ich nagle nie było. Intensywnie wypatruję więc tych bardziej rzadkich i – nie ma co ukrywać – bardziej niebezpiecznych. Lwy, bawoły… Ale nic z tego. Raz tylko przebiegł mi przed samochodem lampart, a z jakiegoś bagienka wylazł hipopotam. Ryki lwów niosą się za to po sawannie nocą.

Noc w takim miejscu to w ogóle jest przygoda sama w sobie. Masz wrażenie, że wszechobecna ciemność nieustannie się porusza i wydaje niesamowite dźwięki. Stereo to mało powiedziane. To najbardziej autentyczny dźwięk przestrzenny. Pierwszej nocy długo nie mogę zasnąć. Serce mi bije jak chyba nigdy wcześniej w życiu. Mam pietra, nie powiem. Ale w końcu zmęczenie bierze górę. Zasypiam.

Piękna nuda

Nowe przygody zaczynają się przy próbie wyjechania z parku Tsavo. Chcę przeskoczyć na zachód, do Amboseli, ale pojawia się problem. Rangerzy nie chcą mnie wypuścić samego! Mówią, że mam czekać do następnego dnia i dołączyć do konwoju. W przeszłości w tym rejonie dochodziło do licznych napadów rabunkowych na turystów i choć od szeregu lat nie odnotowano już żadnych incydentów, w trosce o bezpieczeństwo przyjezdnych z bogatego świata towarzyszą im uzbrojeni strażnicy. Nieoczekiwanie dostaję więc dodatkowy dzień w parku gratis. Tyle, że zjeździłem już całe Tsavo i ten bonus nie ma dla mnie żadnej wartości.

Następnego ranka okazuje się natomiast, że konwoju i tak nie będzie, bo nie pojawił się żaden inny samochód. Rangerzy wsadzili mi więc do auta młodego strażnika, z którym zresztą nieco się zaprzyjaźniłem przy piwie poprzedniego wieczoru. Wziął ze sobą tylko mały plecak oraz kałacha. Towarzyszył mi będzie do Amboseli. Po drodze przejeżdżamy przez pola zastygłej, czarnej lawy, która przed tysiącami lat wylała się z wulkanu znanego dziś jako Kilimandżaro. Przecinamy też zbudowany kilka lat wcześniej highway łączący Nairobii z Dar es Salaam. Amboseli jak Amboseli. Słonie, słonie, antylopy, zebry, potem znowu słonie. Nuda. Piękna nuda.

Na noc zatrzymuję się tuż za granicą parku, na polu biwakowym prowadzonym przez społeczność miejscowych Masajów. Jest znacznie taniej niż na terenie parku a przy tym bardziej przaśnie i bliżej prawdziwej Afryki.

Juliusa dostrzegłem wkrótce po tym, jak wybrałem sobie miejsce na biwak. Jeszcze nie wiem, że ma na imię Julius. Jest Masajem. Krzątam się wokół auta i widzę, że jakieś dwadzieścia metrów dalej stoi człowiek. Mężczyzna. Z włócznią. Na jednej nodze. Tak sobie stoi i się na mnie patrzy. Bez ruchu. Udaję, że go nie widzę. Przyznaję, że chciałem uniknąć kontaktu. Doświadczyłem tego dziesiątki razy. Tubylec obserwuje cię z daleka. Podchodzi bliżej. Potem jeszcze bliżej. Czeka na gest. Jakieś słowo, które traktuje jak zaproszenie. I wtedy podchodzi. Wita się. Wszystko ogląda, dotyka. Czasem pyta, czy może sobie coś wziąć. Na koniec dnia przygotowuję sobie zwykle porządną kolację.

Wbrew logice i rozsądkowi w trakcie takiej podróży to mój najbardziej wartościowy posiłek w ciągu dnia. I jak tu tak jeść jakieś frykasy, nie częstując gościa. Ktoś powie, że jak to!? Taka okazja poznać miejscowych! Jak można coś takiego zlekceważyć, odpuścić, zignorować!? A jednak można. Niekiedy nawet trzeba. Gdyby to był mój pierwszy raz w Afryce, to pewnie bym go zaprosił. Ale ja już to wszystko przeżyłem i nie mam ochoty doświadczać po raz enty. A później już się ściemniło. Ktoś nagle wyłączył na sawannie światło. I nawet nie wiem, czy te białe oczy dalej tam są. Czy już może sobie poszły.

Boma

Julius chyba sobie mnie upatrzył. I miał swój plan. Następnego ranka, kiedy zwinąłem swój obóz i już chciałem wyruszyć w dalszą drogę, pojawia się znowu. Stoi z boku piaszczystego szlaku i rękami daje znać, abym zwolnił i się zatrzymał. Tyle mogę dla niego zrobić. Zaprasza mnie do swej wioski. Tutaj nazywa się to boma. Niewielkie skupisko kilku skleconych z patyków i obrzuconych błotem niskich chat, które otacza wysoki obwarzanek z ciernistych gałęzi. Takie bezpieczne schronienie dla ludzi i hodowanych przez nich zwierząt. Od razu do mnie dotarło, że to jest taki jego mały sposób na biznes. Przecież za darmo mi nie pokaże jak mieszka, nie pozwoli robić zdjęć.

– Nie mam kenijskich pieniędzy – zastrzegam zgodnie z prawdą.
– Ale masz siedemnaście euro – tu mnie zamurowało. Przez dłuższa chwilę nie wiem, co powiedzieć. Z przerażeniem w myślach przeliczam, że rzeczywiście mam w kieszeni owe 17 euro.
– Skąd wiesz? – uśmiechem próbuję maskować zaskoczenie.
– Widziałem, jak płaciłeś wczoraj za biwak.
– Ty spryciarzu! – ja to naprawdę powiedziałem, tyle że po polsku, czego on już na pewno nie mógł zrozumieć. W istocie. Płacąc za pole biwakowe, wyjąłem wszystkie pieniądze, jakie miałem w kieszeni koszuli. Nie było tego wiele. To była taka podręczna rezerwa. Takie resztki szylingów kenijskich, trochę tanzańskich banknotów. I jakoś zaplątało się tam owe 17 euro, wydali mi to jeszcze na jakimś lotnisku w Europie. I ktoś to wczoraj dojrzał. A potem przekazał dalej. Aż informacja dotarła do Juliusa.
– Boże, co oni jeszcze o mnie wiedzą, co podglądnęli. O czym sobie opowiadali!? Masakra! – przechodzi mi przez myśl.
– Nie musisz mi nic płacić. Nie wezmę od ciebie żadnych pieniędzy.

I rzeczywiście. Nie wziął ani centa. Wprowadził mnie do wioski. Wszyscy mieszkańcy jakby już na nas czekali. Mężczyźni zgromadzeni w rzędzie na środku. Z boku kobiety. Tymczasem Julius przedstawia mi Daniela. Daniel to taki starszy wioski, chociaż z wyglądu ma nie więcej niż 32 lata.

W naszej wiosce mieszkają cztery rodziny. W sumie 248 osób, w tym 120 dzieci – mówi Daniel, a ja pogrążam się w zdumieniu. Zaprasza mnie do swojej chaty. Muszę się schylić, aby dać nura w ciemną czeluść pachnącego dymem wnętrza. Na środku rzeczywiście jest palenisko z jakąś białą strawą a po bokach legowiska z patyków.

– Tu śpimy ja i moja żona a tam nasze dzieci.
– Masz jedną żonę? – pytam i dopiero po chwili dociera do mnie, że być może popełniam jakąś gafę. – Mam dwie żony – odpowiada jednak bez krępacji.
– I pięcioro dzieci – szybko dodaje. Potem Masajowie wykonują przede mną swój taniec. Mężczyźni skaczą po kolei w górę a kobiety nucą coś pod nosem i też włączają się do układu. Zaciągają mnie do stojącej na zewnątrz bomy szopy z desek, która służy za szkołę. Chyba specjalnie dla mnie zgromadzili tam tłum dzieci. Potem jeszcze Julius roznieca dla mnie ogień „z niczego”. I to jest koniec części oficjalnej tego spektaklu. Teraz przyszedł czas na wyciągnięcie ode mnie tych siedemnastu euro. Wyprowadzają mnie z bomy jakimś tylnym wyjściem, gdzie kobiety rozłożyły w szpalerze chusty a na nich pamiątki. Wisiorki, koraliki, naszyjniki. Ktoś mi kiedyś powiedział, że Masajowie tego wcale nie robią. Że to wszystko przyjeżdża teraz z Chin. Zresztą koraliki Masajowie zawsze kupowali. Ponoć importowano je z Czechosłowacji.

Przy każdej rozłożonej chuście stoi kobieta z dziećmi. Jest ich może z pięćdziesiąt. I cały ten jarmark dla mnie jednego i moich kilkunastu zawieruszonych euro. Oskubali mnie z tych pieniędzy zanim dotarłem do połowy tego targowiska. Nawet znalazł się ktoś, kto miał rozmienić banknot 10 euro na drobne. I kiedy zaopatrzony w kilka zbędnych wisiorków szczęśliwie docieram do końca szpaleru na drodze staje mi Julius.

– To jest moja żona – przedstawia mi stojącą obok kobietę.
– You must buy something from her – ktoś z tyłu cicho podpowiada.
– Julius, ale ja mam już tylko tanzańskie pieniądze…
– Mogą być tanzańskie.

Zielona granica

Jeśli myślisz, że to już koniec tej historii z Juliusem, to cię zaskoczę. Wiedział, że wracam do Tanzanii i że przekroczę granicę w Namanga. Wprosił się więc, aby jechać ze mną.

– Znam drogę – wierzy, że tym argumentem mnie przekona. Zabieram go. A co mi tam!

Podróż przebiega w miłej atmosferze. Korzystając z okazji, wypytuję Juliusa o wszystko, co mnie interesuje z życia Masajów. A na rozdrożach Julius podpowiada mi jak jechać. Raz mówi left, raz right. I tak długo, jak moja nawigacja wskazuje mniej więcej właściwy kierunek, nie protestuję. W pewnej chwili dostrzegam jednak, że jedziemy za barbardzo na południe. Julius też wykazuje objawy lekkiego zaniepokojenia. Zgubił się. Nie mam wątpliwości.

– Julius, wjechaliśmy do Tanzanii!
– Nie, to jest Kenia – mówi udając, że wie lepiej. Ale kiepski z niego aktor w warunkach stresu. Tymczasem ja to wszystko widzę na ekranie GPS-u. Bezczelnie przejechaliśmy przez zieloną granicę i – jeśli wierzyć w dokładność załadowanej mapy – jesteśmy już kilkaset metrów w głąb terytorium Tanzanii. I wciąż wjeżdżamy głębiej. Nie spodziewam się, że granica jest tu jakoś specjalnie pilnowana, ale nie chcę też prowokować międzynarodowego skandalu. Jedziemy nikłym szlakiem. Najpewniej takim, jaki rozjeździła tutejsza kontrabanda. I gdy tylko dostrzegam, że jakiś ślad kół samochodu odbija w prawo, natychmiast obieram ten kurs. Julius nic nie mówi. Zresztą, nawet jakby coś powiedział to i tak nie przywiązywałbym do tego wielkiej wagi. Po kwadransie, może później, ekran nawigacji pokazuje, że znowu jesteśmy w Kenii.

– Dobrze jedziemy! – kwituje mój „przewodnik” z uśmiechem. Ξ

[su_note note_color=”#398026″ text_color=”#ffffff” radius=”20″]Dziennik z podróży. Prowadzony w miarę regularnie. To trudne wyzwanie. Bo wymaga samodyscypliny. Wcześniej trzeba jeszcze zadbać o brulion z czystymi kartkami. Ale jeśli tylko się nie śpieszysz, a śpieszyć się nie powinieneś, to warto. Warto go prowadzić. Opisywać odwiedzone miejsca, poznanych ludzi, zdarzenia, bo to wszystko z głowy uleci, a kartki z podróży zostaną.[/su_note]

autor: Tomek Gdawiec, zdjęcia: autor

...a może to też Cię zainteresuje:

Dodge Ramcharger

Klasyk  Jak zwykle w garażowych opowieściach, zakup kultowego pojazdu to dopiero początek długiej drogi do osiągnięcia satysfakcjonującego stanu. Niekiedy to

Czytaj dalej >>