Przez ostatnie kilka lat kraje bałkańskie zjeździliśmy wzdłuż i wszerz. Poza jednym. Na naszej mapie nieodkryta pozostawała kontynentalna Grecja. Zdecydowaliśmy więc, że po ostatnich intensywnych podróżach w takie miejsca jak Turcja i Kaukaz czas zwolnić i pojechać na spokojnie, „gdzieś bliżej”. Tym sposobem obraliśmy kierunek na Olimp, z założeniem, że po drodze zaliczymy kilka ciekawszych „pinezek” w Albanii i Bośni, które w międzyczasie udało się pozbierać na grupach podróżniczych.
Na dwutygodniowy podbój Grecji mieliśmy się wybrać w składzie trzech Dusterów. Tydzień wcześniej rozdzieliliśmy się na dwie ekipy – my chcieliśmy po drodze pojeździć trochę po bałkańskich górkach, reszta udała się wprost do albańskiego Ksamilu na plażing.
Dla miłośników druku – materiał z wyprawy znajdziecie w numerze 267 magazynu OFF-ROAD PL
Bośnia i Hercegowina
Naszą przygodę zaczęliśmy od Parku Narodowego Blidinje. To tam znajduje się największe w kraju sztuczne jezioro oraz nieformalny najwyższy szczyt Hercegowiny – Pločno. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że da się wjechać na sam szczyt, znajdujący się na wysokości 2228 metrów, czyli ponad kilometr wyżej niż jezioro leżące u podnóża masywu. Czekała nas zatem kilkugodzinna wspinaczka po bardzo kamienistym, a chwilami również stromym, podjeździe. Auto się męczyło a chwilami pojawiało się drobne zwątpienie, ale kiedy minęliśmy grupę motocyklistów i w pewnym momencie terenówkę lokalsów – decyzja o dalszym ataku szczytu mogła być tylko jedna. Wjechaliśmy. Było warto powalczyć, z górnych partii pasma rozpościera się piękna panorama na jezioro, a z samego szczytu widok na całą górzystą okolicę. Na Pločnie znajduje się baza, która stwarza wrażenie opuszczonej. Tuż przed szczytem i ową bazą drogę zastawia szlaban – jakież było nasz zdziwienie, bo według nawigacji mieliśmy jechać dalej i zjechać drugą stroną masywu. Tymczasem droga za najwyższym punktem góry się urywa, można stanąć nad kilkusetmetrową skarpą i pozostaje tylko bezkres kamiennego łańcucha górskiego aż po horyzont. Pozostał tylko powrót tą samą drogą, którą wjeżdżaliśmy, ale krajobraz w który można wpatrywać godzinami wynagradzał trudy trasy.


Zamów prenumeratę Magazynu OFF-ROAD PL!
Po przygodzie w parku Blidinje droga do Lukomiru – najwyżej położonej wioski w Bośni – miała być spacerkiem. W końcu tam (sądząc po zdjęciach) bez problemu wjeżdżają nawet dostawczaki. Zaskoczyło nas, że po drodze czekały nas równie kamieniste i strome podjazdy jak dzień wcześniej. Samochód został wytrzęsiony do tego stopnia, że w pewnym momencie zaczęła migać kontrolka ładowania i słychać było metaliczny pisk z paska. Szybka diagnoza – jakaś śruba wplątała się w pasek akcesoriów. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że to kilkunastocentymetrowa szpilka alternatora. Normanie nie da się jej wyciągnąć bez podniesienia silnika, a tu nie dość, że zerwało gwint, to jeszcze się frywolnie wkręciła w rolki na pasku. Jako, że Duster mnie już chyba niczym nie jest w stanie zaskoczyć, udało mi się zablokować alternator śrubą podkradzioną z zawiasu drzwi i spokojnie dojechać do wioski.
Lukomir jest umiejscowiony w bajecznym miejscu. Po wspięciu się na pobliski punkt widokowy rozpościera się fantastyczna panorama na wioskę i okoliczne pasmo górskie. Sama osada jest kameralna i wyjątkowo klimatyczna. Do wioski wjechaliśmy od Konjic a wyjechaliśmy z niej w drugą stronę, na Sarajevo. Wtedy też po raz kolejny się okazało, że brak wcześniejszych riserczów i jeżdżenie bezmyślnie do pinezek kończy się przypadkowym znajdowaniem wyzwań. Droga powrotna z wioski byłam niczym autostrada – równiutki szuterek i delikatne przewyższenia. Już wiemy jakim cudem niskopodłogowce dojeżdżają do Lukomiru – fajna trasa przez wąwóz, ale my chyba po prostu nie lubimy gdy jest za łatwo…


O co pytać sprzedawcę? Sprawdzanie auta przed zakupem w praktyce
Albania
Mijamy granicę Czarnogóry z Albanią w dolinie Valbony. Widokowo-turystycznie, przez Góry Przeklęte i Szkodrę docieramy aż do Ochrydy. Nocleg na Macedonii i wracamy do Albanii. Jak już to mamy w zwyczaju, do przesmyku w Seltë jedziemy od strony bardziej wymagającej i dłuższej, ale widoki wynagradzają ciągnącą się przeprawę przez góry. O owym przesmyku dowiedzieliśmy się przypadkiem, oglądając ikoniczne nagrania z grup off-roadowych a żądza adrenaliny doprowadziła mnie na jeden z jego z brzegów. Tak, tylko mnie, bo Marlena stwierdziła, że nie ma szans, żeby przejechała przesmyk w aucie i poszła na piechotę, wyzywając mnie nie tylko w myślach. Ot, przede mną ledwie stu, może dwustumetrowy odcinek, ale miejscami o szerokości mniej więcej równej Dusterowi i z obu stron zwieńczony stromymi spadami. Do tego utworzony z czegoś w rodzaju pumeksu, który kruszy się przy pocieraniu. Przejazd daje mega frajdę, szczególnie jak ma się tylko jedno podejście (dobrze, że po pertraktacjach z żoną chociaż to jedno) i trzeba przy okazji doglądać drona i kamerki. Mega miejscówka, warta kilkugodzinnego dojazdu przez góry. I oczywiście nie ma znaczenia, że w drugą stronę jest raptem 5 minut od asfaltu…


Armenia – u stóp Araratu – przygoda w sercu Kaukazu
Lądujemy we Wlorze i łapiemy trochę słońca na plaży Dalan, moim zdaniem jednej z ładniejszych w Albanii. Jest gorąco, ale dziwnie pusto. Miejsce szczególnie uwielbiane przez kamperowców, a mimo to biwakuje tylko jakiś jeden Niemiec i kilku lokalsów. Jakież było nasze zdziwienie gdy po godzinie 16 na plażę wjechał gość i machając bliżej nieokreśloną legitymacją kazał się zbierać z plaży. Ponoć coraz więcej miejscówek w kraju zostaje wyłączanych z dzikiego nocowania. Spieszmy się zwiedzać Albanię, zmieniła się bardzo od naszej ostatniej wizyty sprzed 5 lat…
Jedziemy dalej wzdłuż wybrzeża malowniczą trasą SH8. Po drodze zaliczamy kilka ciekawszych miejscówek jak przełęcz Llgoara czy Porto Palermo, aby finalnie dotrzeć do Ksamilu. Tam łączymy się z resztą naszej Dusterowej eskapady i po dwóch dniach wspólnego plażowania wyruszamy śladem Leonidasa.


Grecka przygoda
Wraz z minięciem greckiej granicy rozpoczęła się bardziej turystyczna część naszej wycieczki. Meteory, Delfy aż w końcu lądujemy w Termopilach. A właściwie pod Termopilami, w miejscu gdzie leży muzeum historycznej bitwy. W nim znajdziemy kino 3d z materiałem o walce i zdradzie Efialtesa, wizualizacje i możemy poczuć klimat znany z filmu 300. Choć przez wieki teren mocno się zmienił, nieopodal znajduje się punkt, który wskazuje orientacyjne miejsce ostatniej bitwy Leonidasa.
Na południu Grecji jako bazę znajdujemy urokliwy domek we wsi Vilia. Tutaj mamy okazję poznać klimat greckich miasteczek, gdzie prawdziwe życie zaczyna się po zmroku. I nie chodzi o dyskoteki i imprezownie, ale typową miejską integrację. Restauracje, kawiarnie, ryneczek – to wszystko ożyło dopiero w godzinach wieczornych, i to naprawdę wielopokoleniowio. O tyle ciekawe, że nawet pozamykane w dzień sklepy, wydawało się wręcz opuszczone, otwierały się właśnie wieczorem i pracowały do późnej nocy.


Mieliśmy spędzić w jednym miejscu kilka dni, więc nieco zwolniliśmy. Znalazł się czas na odpoczynek i poplażowanie. Pozwiedzaliśmy trochę okolicę aż trafiliśmy do Porto Germano – małej miejscowości z ruinami zamku, położonej w malowniczej zatoczce. Urokliwa miejscówka z pustą plażą i krystaliczną wodą urzekła nas do tego stopnia, że rano korzystaliśmy z jej dobrodziejstw, a popołudniami ruszaliśmy na zwiedzanie.
Ateny
Po drodze do stolicy podjechaliśmy na zatokę Elefsina. Jest tam kilka fajnych miejsc aby się rozbić nad wodą a dodatkową atrakcję stanowi wrak luksusowego wycieczkowca leżącego na boku ledwie 100 metrów od plaży. W same Ateny wepchaliśmy się autem tylko po to, aby przy pierwszej możliwości przeskoczyć na metro. W każdym mieście gdzie jest – uważamy za najlepszy środek transportu. W ten sposób obskoczyliśmy wzgórze Likawitos, z wjazdem kolejką na szczyt. To jedyne takie wzniesienie w stolicy, a rozpościera się z niego panorama 360 stopni na całe miasto. Z racji godzin popołudniowych tłumy na wzgórzu wyczekiwały zachodu słońca aby złapać podświetlony Akropol o złotej godzinie. Ścisk jak w miejskim autobusie i tylko siłowo była szansa dostać się na kawałek murku żeby zrobić zdjęcie. Tego dnia nie załapaliśmy się na zwiedzanie Akropolu bo… skończyły się bilety. Na następny dzień wróciliśmy z samego rana i udało się dostać antyczne ruiny. Choć przyznam, że spodziewałem się większego „łał”, ot miejsce z gatunku tych, które lepiej wyglądają na zdjęciach niż na żywo. Na dokładkę pojechałem pod legendarny, stary stadion Panathinaikosu, podczas gdy reszta ekipy wybrała spacer po centrum stolicy.


Sparta
Królestwo Leonidasa na Półwyspie Peloponez było najdalej wysuniętym punktem naszej wyprawy. Zarazem widokowo najładniejszym obszarem kontynentalnej Grecji który było nam dane zobaczyć. Samo miasteczko Sparta i okoliczne odkrywki archeologiczne nie wyróżniają się niczym nadzwyczajnym. Może poza wszechobecnymi symbolami starożytnej Sparty i monumentem legendarnego króla. Podobnie Mykeny, choć być może byliśmy po prostu już przesyceni historycznymi pozostałościami. Za to trasy przez półwysep i okalające góry naprawdę ładne.
Przystanęliśmy w Koryncie i, o ile miasto, jak miasto, to Kanał Koryncki spowodował nieco szybsze bicie serca. Zjechaliśmy z głównej drogi aby zobaczyć go z bliska i choć był ogrodzony – bez problemu można było znaleźć dojście do skarpy. Trzeba przyznać, że pionowe, 90-metrowe ściany przesmyku robią na żywo ogromne wrażenie a im bliżej krawędzi, tym adrenalina bardziej wzrasta. Bezpieczniejszym miejscem z panoramą na cały kanał był most łączący Peloponez z kontynentem, ale również z tego miejsca skala przekopu budziła respekt.


Olimp
Nocleg spędziliśmy na kempingu u podnóża Olimpu, nad samym morzem Egejskim, aby z samego rana wyruszyć najwyżej dokąd da się dojechać. Objechaliśmy pasmo górskie, aby w pewnym momencie zjechać z asfaltu i zaatakować podjazd. Droga pierwotnie nie wyglądała zachęcająco do tego stopnia, że jeden z naszych postanowił kontynuować podjazd asfaltem, upierając się, że my się mylimy. Na szczęście okazało się, że cięższy odcinek był tylko skrótem do właściwego kamienno-szutrowego podjazdu. Może nie jakiegoś super wymagającego, ale czasochłonnego. W międzyczasie na radyjku, z dołu, odezwał się „uciekinier” z informacją, że druga mu się skończyła, więc jednak nas goni. Choć raz na tym wyjeździe nawigacja była po mojej stronie.


Po drodze mijamy kilka stad koni. O ile u bogatego w roślinność podnóża to nic dziwnego, o tyle na dużej wysokości, i żyjące niczym kozice na dość stromych skarpach, był widokiem zaskakującym. Podjazd zboczem zakończył się na wysokości około 2000 metrów skąd rozpościerała się fantastyczna panorama. Nie zostało nic innego jak wjazd w pasmo górskie i wyruszyć pod sam Olimp. Fenomenalna droga przez góry okraszana miejscami zatrzymującymi się na nich chmurach. Dotarliśmy do schroniska położnego na wysokości 2450 metrów, z niego Olimp, a właściwie najwyższy szczyt Olimpu – Mytikas, wydawał się być na wyciągnięcie ręki. Chyba nie da się być bliżej greckich Bogów. Droga w dół to chłoniecie każdego metra, fenomenalny klimat i widoki. Choć w pewnym momencie trasa jest bardzo ciężka dla każdego kto choć odrobinę cierpi na lęk wysokości.
Powrót
W pewnym momencie trzeba było obrać kierunek powrotny. Po drodze postanowiliśmy zobaczyć Saloniki i stwierdziliśmy, że lepiej było chyba po prostu poplażować. Drugie co do wielkości miasto Grecji okazało się równie obskurne jak większość zachodnioeuropejskich metropolii. Zresztą cała kontynentalna Kraina Hellenów, (poza Meteorami które są wyjątkowe w swojej wyjątkowości) nie zachwyciła nas jakoś wybitnie, a przynajmniej okazała się mniej urokliwa niż ta wyspiarska. Przynajmniej od strony architektonicznej, bo od strony natury jest gdzie jeździć i co oglądać. Film i więcej fotek znajdziecie poniżej!
















